Poszukiwacze zaginionych miast
8 05 2009Nasze wakacje zawsze są niezaplanowane. No tak już generalnie mamy, że lubimy nie wiedzieć, co robimy pojutrze, a i jutro jest często niedookreślone. Raz np. polecieliśmy do Indii, choć właściwie chcieliśmy do Peru… Tegoroczne Buenos jest najbardziej zaplanowanym urlopem od daaawna: już przed przylotem wiedzieliśmy, do których nauczycieli chemy iść na lekcje, co chcemy zobaczyć w mieście i poza nim i że - poza “samorozwojem tangowym”
- chcemy też… odpocząć (tak najzwyczajniej: psychicznie i fizycznie). Z nauczycielami ostatecznie się udało (choć były duże kłody rzucane nam pod nogi), znalazło się też kilka dni bez milong (bo bez zajęć to już raczej nie…), miasto należy uznać za mniej więcej zobaczone (no bo coś nam tam na przyszłe lata jeszcze zostało), tylko z tym “poza nim” nie do końca wyszło jak planowaliśmy. Miała być kilkudniowa wyprawa, nawet mamy arcy-ważną czapkę (z tych, co to z przyczyn sentymentalnych zgubić nie można) pożyczona od Pawła i Patrycji, bo tam, gdzie mieliśmy frunąć, bez czapki ani rusz. No ale. No ale, jak już mówiliśmy, nasze wakacje nie są uporządkowane i nie przebiegają zgodnie ze schematem. Nie pojechaliśmy, bo jakoś tych dni potrzebnych na wylot-przelot-pobyt-przelot-powrót było za dużo, a my zdążyliśmy już wsiąknąć w BsAs. Co się odwlecze, to nie uciecze i w przyszłym roku (bo będzie przyszły rok, na pewno) planujemy tangowanie rozpocząć dopiero po wycieczce.
Gdzieś jednak trzeba było choć na chwilę uciec z tego miasta - głośnego, pełnego smogu i zakorkowanego manifestacjami.* Wybraliśmy opcję najprostszą, najszybszą, najczęściej wypróbowywaną przez zmęczonych stolicą tubylców: Colonia del Sacramento. Dzięki temu mamy w paszportach stempel kolejnego południowoamerykańskiego kraju, zyskaliśmy cenną wiedzę o sposobach prewencji wobec gripy porciny** i zwiedziliśmy piękne miasteczko rodem z westernów lub filmów o Zorro. I tylko godzina rejsu z Puerto Madero
Colonię trudno wyobrazić sobie zatłoczoną Argentyńczykami marzącymi o chwili spokoju i kąpieli w brunatnych falach Rio de la Plata, bo to miejsce niczym ze skeczu Maćka Stuhra: “Noo tak se siedzimy i se piwko pijemy… I nic się nie dzieje…” - ciche, gdzie nawet turyści starają się nie podnosić głosu, a najczęściej spotykaną formą spędzania wolnego czasu jest fotografowanie uroczych wąskich uliczek lub malowanie równie uroczych pejzażyków widocznego ponad dachami jednopiętrowych budyneczków wybrzeża.
Teraz - lotem bumeranga - nawiążemy do poprzedniego wpisu:
W Colonii można zjeść parillę, fast-fooda i coś z kuchni urugwajskiej, o której my jednak nie mamy bladego pojęcia. Szwendając się po uliczkach - bez celu, składu, ładu a jedynie z planem w dłoni - trafiliśmy do czarownego zaułka***. Ufając intuicji oraz pokładając nadzieję w pięknym ogródku widocznym już z ulicy, weszliśmy i… nie zawiedliśmy się. Gdzieś na końcu świata pewien Francuz postanowił odpocząć i założył - ku uciesze naszej oraz ku rozwojowi lokalnej gastronomii - cudną restauracyjkę z przepysznymi crepes con champiniones y jamon crudo. Pychota. Gdyby was kiedyś wiatry przygnały w te strony, to wstąpcie tam na chwilę, dając waszym żołądkom chwilę wytchnienia przed kolejnym bife de lomo. Fajnie tak na krańcu Argentyny i początku Urugwaju odnaleźć kawałek Paryża…
Jest taka część Buenos Aires, gdzie nazwy ulic przypominają spis treści atlasu geograficznego: Chile, Venezuela, Mexico, Estados Unidos. Takie kosmopolityczne (i równie politycznie poprawne) poczucie humoru Ojców Założycieli. Co by się zrobiło jeszcze bardziej międzynarodowo, właśnie na santelmowej części Venezueli znajduje się taki oto lokal (będący dowodem, że nie tylko my cierpimy na krk-filię):
Żywca tam wprawdzie nie ma, ale za to bigos, żurek i żubrówka są. I 30-letni jarzębiak wygrzebany podobno w jakimś ciemnym argentyńskim magazynie (tylko dla “specjalnych” klientów). No i miejsce samo w sobie klimatyczne, takie trochę nam jakby znajome. Polecamy, jesteśmy na tak.
Zarówno francuska restauracja z Colonii, jak i bar Krakow z BsAs są dowodami na to, że bardzo dziwne bywają powody ludzkich działań i decyzji: Francuz, zapytany dlaczego zdecydował sie akurat na Urugwaj, odpowiedział “Bo tu jest inaczej”; jeden z 2 polskich właścicieli Krakow Bar, tłumacząc czemu przedłużył swoje wakacje w Buenos (już 7 lat!), szczerze przyznał “Fajna impreza była…”
Besos,
md
* Tak sobie kiedyś przy porannej cafe con leche dyskutowaliśmy czy Buenos nadaje się do życia na dłużej. Wnioski
zostaną przedstawione (kiedyś).
** Hiszpański jest językiem, w którym nawet nazwy śmiertlenych chorób brzmią jakoś tak… niewinnie?
*** Calle de San Jose - zaraz po lewej stronie idąc od Del Virrey Ceballos.
Kategorie : Bez kategorii





