WordPress database error: [UPDATE command denied to user 'webengineer_1'@'85.128.206.25' for table 'wp_options' - check your database quota]
UPDATE wp_options SET option_value = 'O:8:\"stdClass\":4:{s:12:\"last_checked\";i:1268204965;s:15:\"version_checked\";s:3:\"2.3\";s:8:\"response\";s:7:\"upgrade\";s:3:\"url\";s:30:\"http://wordpress.org/download/\";}' WHERE option_name = 'update_core'

Czarnotki w Buenos Aires

Poszukiwacze zaginionych miast

8 05 2009

Nasze wakacje zawsze są niezaplanowane. No tak już generalnie mamy, że lubimy nie wiedzieć, co robimy pojutrze, a i jutro jest często niedookreślone. Raz np. polecieliśmy do Indii, choć właściwie chcieliśmy do Peru… Tegoroczne Buenos jest najbardziej zaplanowanym urlopem od daaawna: już przed przylotem wiedzieliśmy, do których nauczycieli chemy iść na lekcje, co chcemy zobaczyć w mieście i poza nim i że - poza “samorozwojem tangowym” :P - chcemy też… odpocząć (tak najzwyczajniej: psychicznie i fizycznie). Z nauczycielami ostatecznie się udało (choć były duże kłody rzucane nam pod nogi), znalazło się też kilka dni bez milong (bo bez zajęć to już raczej nie…), miasto należy uznać za mniej więcej zobaczone (no bo coś nam tam na przyszłe lata jeszcze zostało), tylko z tym “poza nim” nie do końca wyszło jak planowaliśmy. Miała być kilkudniowa wyprawa, nawet mamy arcy-ważną czapkę (z tych, co to z przyczyn sentymentalnych zgubić nie można) pożyczona od Pawła i Patrycji, bo tam, gdzie mieliśmy frunąć, bez czapki ani rusz. No ale. No ale, jak już mówiliśmy, nasze wakacje nie są uporządkowane i nie przebiegają zgodnie ze schematem. Nie pojechaliśmy, bo jakoś tych dni potrzebnych na wylot-przelot-pobyt-przelot-powrót było za dużo, a my zdążyliśmy już wsiąknąć w BsAs. Co się odwlecze, to nie uciecze i w przyszłym roku (bo będzie przyszły rok, na pewno) planujemy tangowanie rozpocząć dopiero po wycieczce.

Gdzieś jednak trzeba było choć na chwilę uciec z tego miasta - głośnego, pełnego smogu i zakorkowanego manifestacjami.* Wybraliśmy opcję najprostszą, najszybszą, najczęściej wypróbowywaną przez zmęczonych stolicą tubylców: Colonia del Sacramento. Dzięki temu mamy w paszportach stempel kolejnego południowoamerykańskiego kraju, zyskaliśmy cenną wiedzę o sposobach prewencji wobec gripy porciny** i zwiedziliśmy piękne miasteczko rodem z westernów lub filmów o Zorro. I tylko godzina rejsu z Puerto Madero :)

daleko to to nie jest

Colonię trudno wyobrazić sobie zatłoczoną Argentyńczykami marzącymi o chwili spokoju i kąpieli w brunatnych falach Rio de la Plata, bo to miejsce niczym ze skeczu Maćka Stuhra: “Noo tak se siedzimy i se piwko pijemy… I nic się nie dzieje…” - ciche, gdzie nawet turyści starają się nie podnosić głosu, a najczęściej spotykaną formą spędzania wolnego czasu jest fotografowanie uroczych wąskich uliczek lub malowanie równie uroczych pejzażyków widocznego ponad dachami jednopiętrowych budyneczków wybrzeża.

widoczki pejzażyki


Teraz - lotem bumeranga - nawiążemy do poprzedniego wpisu:

W Colonii można zjeść parillę, fast-fooda i coś z kuchni urugwajskiej, o której my jednak nie mamy bladego pojęcia. Szwendając się po uliczkach - bez celu, składu, ładu a jedynie z planem w dłoni - trafiliśmy do czarownego zaułka***. Ufając intuicji oraz pokładając nadzieję w pięknym ogródku widocznym już z ulicy, weszliśmy i… nie zawiedliśmy się. Gdzieś na końcu świata pewien Francuz postanowił odpocząć i założył - ku uciesze naszej oraz ku rozwojowi lokalnej gastronomii - cudną restauracyjkę z przepysznymi crepes con champiniones y jamon crudo. Pychota. Gdyby was kiedyś wiatry przygnały w te strony, to wstąpcie tam na chwilę, dając waszym żołądkom chwilę wytchnienia przed kolejnym bife de lomo. Fajnie tak na krańcu Argentyny i początku Urugwaju odnaleźć kawałek Paryża…

 zaułek francuski

Jest taka część Buenos Aires, gdzie nazwy ulic przypominają spis treści atlasu geograficznego: Chile, Venezuela, Mexico, Estados Unidos. Takie kosmopolityczne (i równie politycznie poprawne) poczucie humoru Ojców Założycieli. Co by się zrobiło jeszcze bardziej międzynarodowo, właśnie na santelmowej części Venezueli znajduje się taki oto lokal (będący dowodem, że nie tylko my cierpimy na krk-filię):

fani krk łąćzmy się!

Żywca tam wprawdzie nie ma, ale za to bigos, żurek i żubrówka są. I 30-letni jarzębiak wygrzebany podobno w jakimś ciemnym argentyńskim magazynie (tylko dla “specjalnych” klientów). No i miejsce samo w sobie klimatyczne, takie trochę nam jakby znajome. Polecamy, jesteśmy na tak.

Zarówno francuska restauracja z Colonii, jak i bar Krakow z BsAs są dowodami na to, że bardzo dziwne bywają powody ludzkich działań i decyzji: Francuz, zapytany dlaczego zdecydował sie akurat na Urugwaj, odpowiedział “Bo tu jest inaczej”; jeden z 2 polskich właścicieli Krakow Bar, tłumacząc czemu przedłużył swoje wakacje w Buenos (już 7 lat!), szczerze przyznał “Fajna impreza była…”

Besos,

md

* Tak sobie kiedyś przy porannej cafe con leche dyskutowaliśmy czy Buenos nadaje się do życia na dłużej. Wnioski
zostaną przedstawione (kiedyś).

** Hiszpański jest językiem, w którym nawet nazwy śmiertlenych chorób brzmią jakoś tak… niewinnie?

*** Calle de San Jose - zaraz po lewej stronie idąc od Del Virrey Ceballos.



W końcu o stekach

8 05 2009

Obiecywaliśmy, obiecywaliśmy i w końcu jest. Wpis o stekach i w ogóle o jedzeniu. I to nie jest taki sobie po prostu zwykły wpis. Poprzedziły go tygodnie badań, poszukiwań, rozmyślań, medytacji i dyskusji.

Ci, którzy nas znają, wiedzą, jak wiele radości sprawia nam jedzenie. Sami z chęcią nazwalibyśmy się smakoszami, częściej jednak określani jesteśmy po prostu jako łakomczuchy (to Madzia), żarłoki (Dominik) lub niepoprawni hedoniści (niech żyje Arystyp!!!).

Ale do meritum. Co jeść w Buenos?

Tak, jeśli pomyśleliście “steki”, to oczywiście trafiliście w dziesiątkę. Pytanie tylko, gdzie te steki jeść, żeby doświadczyć czegoś naprawdę wyjątkowego; jakie steki jeść (bo wierzcie nam, że rodzajów steków jest tu całe mnóstwo) i czy tylko steki. Zacznijmy od tego, że są na świecie takie knajpy, w których spokojnie sobie siedzimy, rozmawiamy, popijamy wino lub piwo, generalnie miło spędzamy czas w oczekiwaniu na zamówione dania, dostajemy w końcu jedzenie, wkładamy do ust pierwszy kęs i… mmmmmmmmmhhhhhhhhhhhhhhhhmmmmmmmmmmmmmm… nie możemy powstrzymać jęku rozkoszy (żeby być tak całkiem uczciwym i żeby nie poobrażały się na mnie żony, mamy i teściowe trzeba dodać, że takie chwile zdarzają się regularnie przy rodzinnym stole). Wiemy, że dostaliśmy coś absolutnie idealnego, dotknęliśmy kulinarnego absolutu (chyba mnie trochę poniosło).

Tak czy owak w tym roku w Buenos odkryliśmy dwa takie miejsca. Oba są nieco dziwne i dowodzą, że tak, jak nie szata zdobi człowieka, tak nie wystrój i wnętrze decydują o tym czy warto wejść do knajpy. Jednym słowem: obie restauracje wyglądają “klimatycznie” (gdyby nie dobre jedzenie i wesoła obsługa powiedziałbym: obskurnie).

Ale przecież miało być w końcu o tych stekach.

Dobrze więc. Zapraszam do Des Nivel.

Wchodzimy z Defensy (między Indepednencią a Plazza Dorrego).

des nivel

Po lewej stronie od wejścia przeszklona lodówka z mięsem (taka jak u nas za komuny), za nią ogromny argentyński grill, na stołach ceratki (stołówka w domu wczasowym w Żegiestowie?), ściany brudne a na nich obrazy, plakaty, flagi, karykatury, grafiki i wszystko to, co właściciel znalazł w piwnicy i co dało się powiesić - każde z innej parafii, nic nie trzyma się kupy.

grill

A jednak w knajpie pełno ludzi - zarówno tubylcy jak i turyści. Już na pierwszy rzut oka widać, że tu musi być dobre jedzenie - widać, że nie wchodzi się tu przypadkiem; to właśnie tu przychodzi się na wyjątkowe steki.

No, teraz już naprawdę będzie o stekach. Najpierw odpowiedzmy na pytanie, jakiego steka wybrać. No cóż najdroższy, najbardziej delikatny, soczysty jest ten z polędwicy. Zacznijmy więc od bife de lomo. Jeden miłośnik steków z Polski, powiedział mi przed wyjazdem: “Żeby zrobić dobrego steka, trzeba mieć dobrego steka”. Tego na pewno Argentyńczykom nie brakuje. Jednak dobry stek to nie wszystko - wiele zależy od sposobu przyrządzania (można choćby i na ulicznym zaimprowizowanym grillu, jak na załączonym obrazku).

ulica

Ale w końcu do cholery jaki ma być ten stek?

Jak dla mnie słowem kluczem jest “jugoso” czyli soczysty (i właśnie taki zamówcie w Des Nivel). Z zewnątrz ma być delikatnie złapany, tak żeby przy gryzieniu od czasu do czasu lekko chrupał i aby w pełni wydobyć ten niezwykły aromat mięsa. W środku różowiutki i mięciutki, dosłownie rozpływający się w ustach. Po zjedzeniu na talerzu powinien zostać brunatny sos. Do tego oczywiście czerwone wino o wyraźnym smaku (proponuję jakiś Malbec) i żeby nieco złamać przyciężkawy charakter całego posiłku - ensalada completa (czyli mix jarzyn) z oliwą i octem balsamicznym. Absolutnie wyśmienity argentyński klasyk.

stek

Na deser w Des Nivelu polecam mus czekoladowy - prawdziwa bomba z kakao.

Ale, ale co jeśli ktoś steków nie chce albo zjadł już tyle, że chce spróbować czegoś innego? (uwaga: z moich doświadczeń wynika, że nie da się przejeść stekami; za każdym razem, jak wchodzę do argentyńskiej knajpy, mówię sobie “tym razem biorę coś innego” i jakoś nie mogę się powstrzymać i biorę steka - innych rzeczy spróbowałem tylko dlatego, że moja potrzeba kulinarnych odkryć bywa silniejsza niż potrzeba dogadzania sobie). No cóż, jeśli trochę poeksplorujemy kuchnię argentyńską, to odkryjemy, że z krowy da się zrobić naprawdę cuda. Krowa bowiem jest w Argentynie podstawowym artykułem spożywczym. Jak powiedział mi jeden Argentyńczyk: “Jeśli chodzi o krowy, to my jemy tu z nich wszystko”. Są więc żeberka, entrana, ojo de bife (bardzo aromatyczne mięso z części twarzowej wołu), morcilla (ichniejsze wydanie kaszanki tyle że z wołu), chorizo (kiełbaska - a jakże… z wołu) wszelkiego rodzaju podroby jak nerki, cynaderki, serca, móżdżki i słynne (naprawdę pyszne) mollejas (nadal nie wiemy, co to właściwie jest, ale smak jest niezwykły a konsystencja nieco gumiasta). Mają tu też oczywiście kurczaki czy wieprzowinę, ale nie robią z tym w zasadzie nic niezwykłego. Na wzmiankę zasługuje też pizza, która - parafrazując pewnego wielkiego Afroamerykanina z Pulp Fiction - “…is very fucking far from pizza”.

No ale Buenos Aires to nie tylko parrilla (tradycyjny argentyński grill), to także wpływy różnych nacji, które tworzyły to miasto (szczególnie hiszpańskie, portugalskie, włoskie czy francuskie).
Na rogu Tacuari i Chile znajdziemy więc Tabernę Baskę - baskijską knajpę z owocami morza i rybami (charakterystyczny zapach nie opuści was do końca posiłku…). Tym razem nie będę się aż tak rozpisywał, bo właśnie się tam wybieramy i od tego pisania o jedzeniu jestem już strasznie głodny; dość powiedzieć, że biorąc menu możemy spokojnie zabawić się w lotto - każda potrawa to po prostu rybne arcydzieło (bez wzgledu na wybór zawsze trafiamy 6). Do tego baskijski cydr i mamy posiłek, którego nie da się zapomnieć (toż to po prostu kumulacja).

Koniec o jedzeniu, biegniemy, życzcie nam smacznego.

Dominik i Madzia



Czas na reklamę

7 05 2009

Dostaliśmy bardzo uprzejmą prośbę o rozpowszechnienie informacji nt. warsztatów z Sebastianem Achaval i Roxaną Suarez, które odbędą się w czerwcu w Bielsku-Białej. Jako że pomagać lubimy, a w dodatku Sebastiana i Roxane poznaliśmy osobiście jako fajnych nauczycieli i znakomitych tancerzy, to poniższy anons zamieszczamy:

WARSZTATY TANGO ARGENTINO W BIELSKU-BIAŁEJ

13,14.06.2009

SEBASTIAN ACHAVAL & ROXANA SUAREZ
Z BUENOS AIRES

Program warsztatów:
13.06.2009 - SOBOTA:

12:00-13:30 - Introduction to Tango Salón.
13:45-15:15 - Giros and contragiros.
17:00-19:30-Vals: musicality

O 20:30 Milonga z pokazem Sebastiana & Roxany

14.06.2009 - NIEDZIELA:
11:00-12:30 - Dissociated movements
12:45-14:15 - Enrosques.
16:00-17:30 - Milonga: figuras en espejo. (”symmetrical sequences”)

Cennik:
do 17.05    do 31.05    od 01.06
1 Lekcja    65 PLN    70  PLN    75 PLN
1 dzień* (3 lekcje)    180 PLN    195 PLN    215 PLN
2 dni* (6 lekcji)    350 PLN    380 PLN    420 PLN
*Uwaga: karnety nie uwzględniają wstępu na Milongę

Wstęp na sobotnią Milongę z pokazem: 15 zł.

Informacje i zapisy na:
www.tango.bielsko.pl
tango-bielsko@o2.pl
0606 701 607

UWAGA: W temacie e-maila proszę wpisywać „Achaval”. Po zapisach drogą elektroniczną otrzymacie e-mail z potwierdzeniem zapisu i numerem konta, a także datę, do której należy dokonać przelewu. Po jej przekroczeniu rezerwacja przepada. Na warsztatach zjawiamy się z potwierdzeniem przelewu.



Argentyńscy taksówkarze i La Viruta

29 04 2009

Co mają ze sobą wspólnego argentyńscy taksówkarze i La Viruta? Wkurzają nas. Chociaż - z całym szacunkiem - zazwyczaj tutejsi taksówkarze są niezwykle zajebiści i w porzo. A ceny często zaokrąglają w dół. :)

Zdarzyło się wczoraj:

Pomimo kalendarzowej jesieni od wczoraj w BsAs jest właściwie lato - upał, gorąc, słońce maksymalne. A jako że obudziliśmy się grubo po 12:00, no i jeszcze ta temperatura, to pomysł spędzenia przynajmniej części dnia w Palermo a nie w dusznej sali treningowej wydał się całkiem fajny. A przy okazji jeszcze trochę miasta obejrzymy… Gwóźdź programu: zobaczyć wyścigi konne na tutejszym Hipodromo (wprawdzie nie mieliśmy ani odpowiedniego kapelusza, ani tym bardziej wielce zobowiązującej laseczki, ale cóż…). Po przyjeździe okazało się, że wyścig będzie dopiero za 1,5h, więc niewiele myśląc łapiemy taksówkę i jedziemy do EI Jardin Japones: gość wiezie nas jakimiś małym uliczkami, ale po niecałych 10 min. jesteśmy na miejscu i to za niecałe 8 peso. Ogród boski:

spokojnie…

 …w środku…

 …dużego miasta

Połaziliśmy, postraszyliśmy karpiki i fru! z powrotem do Hipodromo. Bierzemy czekającą przed wejściem do Ogrodu taxę, gość się jeszcze upewnia: “Ale wy na pewno tam? Tak blisko?” Jedziemy. Droga na planie prosta, a ten nam tutaj gada i gada i tylko jakoś dziwnie wiezie w zupełnie inną stronę. Kiedy licznik wybił 10 peso, a my nawet jeszcze płotu wokół hipodormu nie widzieliśmy na horyzoncie, stwierdziliśmy, że nie z nami takie numery…! Skończyło się na karczemnej awanturze, odwołaniu się do honoru kierowcy i… zapłacie 10 peso (zamiast widocznych na liczniku 15…)*

W Hipodromie średnia wieku wysoka - niektóre twarze znane nam z milong. Zresztą same wyścigi przypominały nam nieco niektóre milongi: tak, jak często czeka się cały wieczór, aby zatańczyć tą jedną, jedyną tandę, tak tutaj clue programu trwało… 45 sec.

clue

 i powtórka clue

Powrót taksówką. Gdy przychodzi do płacenia gość oczywiście nie ma wydać, zatrzymuje się pod najbliższym spożywczakiem i, machając ręką, rozkazuje: “Cambio!”. Dominik zagotował, Madzia uspokoiła, rozmienić nie mogli w 3 sklepach, ostatecznie poratował nas pożyczką znajomy antykwariusz**, a na do widzenia wymieniliśmy się z taksówkarzem uwagami na temat szacunku wobec klienta (te po polsku) oraz ciężkiej doli ludzi pracy (te już po hiszpańsku).

Zdarzyło się już dawno:

W tamtym roku nie byliśmy w La Virucie - miejscu sławnym, o którym się mówi i gdzie obecność jest niemalże obowiązkowa. W tym roku postanowiliśmy więc to ewidentne zaniedbanie nadrobić***. No i poszliśmy. Na domiar złego był to pierwszy dzień w BsAs Patrycji i Pawła i - chcąc nie chcąc - wobec tego także ich pierwsza błenowska milo. Już samo miejsce jest przygnębiające, straszliwie zatłoczone, wszyscy wszystkich kopią i nikt na nikogo nie zważa, wszystkie kierunki jazdy dozwolone. Atmosfera rodem z dyskoteki; momentami strach, że oberwie się za wygląd. Zrobiliśmy 2 podejścia na parkiet, oba tak samo nieudane, oba tak samo zakończone dramatycznym zejściem w trakcie kawałka. Nie daliśmy rady zatańczyć i według nas tam się na da tańczyć: istna dżungla - albo ty kopiesz (i to najlepiej mocno i obcasem na wysokości oczu), albo to ciebie skopią. Podobno o 3:30-4:00 jest tam lepiej - no cóż, może kiedyś pojedziemy tam właśnie tuż przed świtem.

Besos,

md

* No wiemy, że kłóciliśmy się o 5 zł, ale taka już nasza centusiowa natura…

** Bo to jest ta cecha narodowa Argentyńczyków, która sprawia, że - pomimo tych na prawdę nielicznych i w sumie drobnych przykrości - miło się tu mieszka. Otóż wystarczy, że dwukrotnie z człowiekiem pogadałeś o pogodzie i kryzysie, że minęliście się na schodach kilka razy, a już jesteście dobrymi znajomymi. Więc i ten antykwariusz, który widzi nas codziennie i u którego kilka dni wcześniej zakuliśmy kilka książek (za oszałamiającą kwotę 11 peso), uznał za całkowicie naturalne, że amigos potrzebują pomocy i trza ich poratować banknotem o wystarczająco niskim nominale. 0 problemu, 100% zaufania do praktycznie obcych osób. No spróbujcie gdzieś w Polsce pożyczyć na pół godziny 20 zł od kioskarza, u którego codziennie od 20 lat kupujecie gazetę…

** Viki y Jose nasze wynurzenia, że najbardziej to lubimy El Beso i Cachirulo, a w La Virucie to tak nie do końca, skomentowali krótko: “Talibowie!” :D

P.S. Ze specjalnymi pozdrowieniami dla RK (o stekach jeszcze będzie) - oto, co można spotkać na ulicach i w pasażach handlowych BsAs:

markową bieliznę kobiecą poleeecaaam…!!!



Zagadka

24 04 2009

Co robi małżeństwo z wieloletnim stażem w Buenos Aires o 3:21 nad ranem?

Zajada świeże truskawki z cukrem i śmietaną, popijąc wytrawnym szampanem. Zaraz położy się spać i… zaśnie, bo na nic więcej nie ma siły. :P



Kapitaliki

24 04 2009

Ludzie wszędzie są tacy sami: duzi i mali, mądrzy i głupi. Tak w Argentynie, jak i w Polsce, Niemczech czy Republice Kości Słoniowej są dobrzy i źli tancerze, dobrzy i źli nauczyciele. Dzisiaj będzie o straconych złudzeniach, pogrzebanych nadziejach i niezrealizowanych marzeniach. Generalnie: o wielkich słowach i wielkich osobach. Oczywiście będzie to notka całkowicie subiektywna, dyskusyjna*, czarnotkowa.

Żeby zacząć optymistycznie: w tym roku w BsAs spotkaliśmy kilka osób, które zasłużyły sobie na tytuł Mistrza. Julio Balmaceda, Jose i Viki, Sebastian i Roxana. Fajni ludzie, dobrzy tancerze, świetni nauczyciele. I tylko ich wymieniamy tutaj z imienia i nazwiska. Dlaczego? Bo chwalić lubimy, a ganieniem nie chcemy nikomu zepsuć hmmm… dobrej passy? Bo może zwyczajnie to nie był dobry dzień (bo się wstało lewą nogą albo empanada była przesolona) i dlatego wydarzenia przybrały taki a nie inny obrót.

Poza Mistrzami natknęliśmy się także na Wielkie Sławy (tutaj użycie kapitalików oznacza nie należny szacunek, ale ukrytą, zjadliwą ironię…).

1. Para Wielkich Sław:

Oboje są młodzi, niewątpliwie zdolni i sprawiają wrażenie przyjaźnie nastawionych do świata ludzi. Mówiąc brzydko, napaliliśmy się na nich jeszcze w Krk; że jeśli tylko będą to my do nich jak w dym, że to właśnie im pozwolimy na zajęciach wytykać nasze (liczne) potknięcia i (niestety podstawowe) błędy. Niestety, już w Polsce wiedzieliśmy o wielkim, europejskim turnee, przez które nasze marzenie bycia sztorcowanym właśnie przez tę parę może nie zostać zrealizowane. I nagle, w practice Ocho radość wielka, bo są! tańczą tuż obok nas! Krótkie i rzeczowe pytanie: Słuchajcie, wiemy, że niedługo wyjeżdżacie, ale strasznie chcemy do Was chodzić. Czy jest szansa na privados? I równie krótka odpowiedź: Jasne! Nie ma problemu! Tutaj masz numer mojego movila, zadzwoń jutro około 11:00-11:30, żebyśmy już jutro po południu mogli zacząć.

Zadzwoniliśmy. Przez całe popołudnie odpowiadała automatyczna sekretarka. Ki diabeł? Zapomniał włączyć komórki? Na drugi dzień tak samo, a tutaj przecież dzień wyjazdu Wielkich Sław zbliża się równie wielkimi krokami. W końcu późnym popołudniem - już po nagraniu 1 wiadomości - telefon odebrano: A tak! Jasne! Wszystko zgodnie z ustaleniami, musimy tylko uzgodnić czas i miejsce. Tylko że teraz prowadzę, nie mogę gadać. Oddzwonię za 20, ok? Wtedy dogadamy szczegóły. Super! A jednak to była”tylko” latynoska manana.

Otóż nie była. Wielka Sława nie oddzwoniła (może się punkty na karcie skończyły?), my zdecydowaliśmy się na wysłanie jeszcze tylko SMS pt. “Jak będziecie chcieli i mieli czas, to my nadal chcemy”. Ciągle czekamy na odpowiedź, a Wielkie Sławy już hulają po Europie.

Jakoś tak się głupio poczuliśmy, a wystarczyło powiedzieć: Sorry, ale już nam się nie chce. Musimy się spakować, odwiedzić dziadków i nie mamy czasu. Może następnym razem. (mniej więcej tak odpowiedział nam Balmaceda :P zrobił to jednak z taka gracją, że next time…) I byłoby ok. A tak, to pozostanie smak.

2. Męska Wielka Sława:

Dominik “zadurzył się” tangowo jakiś czas temu w jednym nauczycielu. Fajny jest: muzykalny, szybki, sprawny i w ogóle. Na privados nawet się nie nastawialiśmy, bo jednak na prywatnych zysk musi być i dla Dominika i dla Madzi. Poszliśmy więc na grupowe, choć dobrzy znajomi ostrzegali, że możemy być nieco zaskoczeni.

I byliśmy. Zajęcia bardziej niż lekcję przypominały show z pokazami Sławy Głównej i jego asystentów / towarzyszących nauczycieli. Później podział na grupy - my oczywiście gęsiego za Sławą. A za nami 18-19 innych par. I nadal jest ok (bo już chodziliśmy na takie zajęcia i nauczycielom udawało się nie tylko wszystko objaśnić i pokazać, ale także można było liczyć na zwrotną informację z ich strony).

Krótko: zaliczyliśmy powtórkę z Flaco Danniego z tamtego roku. Nauczyciel jedynie pokazał kroczki, po czym stanął z boku i… się przyglądał. Ani razu do nikogo nie podszedł, nie mówiąc już o wspólnym przećwiczeniu sekwenncji. Daleko mu było do takiego np. Balmacedy, który - nie dość że biegał od pary do pary, poprawiał i tańczył ze wszystkii - to jeszcze sukces ucznia komentował okrzykiem “Si seńor!”.

Parafrazując znanego biegacza (i nie tylko): nauczyciele tangowi są jak pudełko czekoladek - nigdy nie wiesz, na co trafisz…

* Choć, jak mówi Tata Madzi, “gust jest rzeczą gustu” - więc po co o naszych gustach dyskutować…?



Bez tytułu (jakoś nie możemy wymyśleć sensownego)

18 04 2009


Jak już pisaliśmy, na pierwszy rzut oka Buenos niewiele się przez rok zmieniło. Że niby te same miejsca, ci sami ludzie, podobne charlar w przerwie między tangami. Podobna rutyna tangowego turysty (śniadanie, zajęcia, lunch, zajęcia, wieczorna drzemka, dramatyczna pobudka około 22.00, milonga do rana, sen) Pojawiające się regularnie na 9 de Julio czy Av. Corrientes demonstracje na tubylcach nie wywołują żadnego wrażenia

demonstracja

(zresztą Argentyńczycy są bardzo zdystansowani wobec ewidentnych różnic ekonomicznych).

Florida - tutejsza Floriańska

 

Jedna z największych galerii handlowych w mieście

Wieczorem góry śmieci na ulicach i „segregujący” je cartoneros. W sklepie muzycznym na rogu Corrientes / Callao dalej robiąca ogromne wrażenie sekcja z tangiem.

dominik i płytki

Jednak mimo wszystko coś się zmienia. Teraz wyznanie dla ludzi o mocnych nerwach. Otóż trzeciego dnia po przyjeździe – ku własnemu zdumieniu – odkryliśmy, że w przeciwieństwie do roku poprzedniego, teraz milongi nie są dla nas najważniejszym punktem dnia. Stąd (wstyd się przyznać), ale jeszcze nie byliśmy w El Beso – odwiedziliśmy jedynie Porteno y Bailarin, Canninga(z różnych przyczyn aż dwukrotnie), la Virutę (o tym jeszcze napiszemy), no i Practicę 8.* Za to dzień wypełniony zajęciami, to jest to, co w tym roku czarnotki lubią najbardziej.

Więc są i lekcje z serii „para todos niveles”, gdzie niby uczą „tylko” jak ładnie zrobić przednie i tylnie ocho (a przecież my to już znamy… przecież my to umiemy…), a tu nagle okazuje się, że tylna noga powinna stać inaczej niż do tej pory Madzi było wygodnie; a i ramię Dominika nagle nie układa się tak jak powinno. No i wracamy do podstaw. I na równi z początkującymi wywijamy ocha, kręcimy pivociki i okazuje się, że te centymetrowe różnice mają ogromne znaczenie.

Przedwczoraj istna ekstaza: raz, że Osky przycisnął nas podczas zajęć z milongi; dwa, ze w Canningu trafiliśmy (z premedytacją nota bene) na practicę z Sebastianem i Roxaną oraz na zajęcia z Jose i Viki.

Ma być krótko, treściwie i bez zbędnych epitetów? POLECAMY. Jose i Viki to naprawdę znakomita para. Tańczą dokładnie to, co nas kręci – blisko, w kontakcie, precyzyjnie i z fantazją. Poza tym mają świetnie przemyślane lekcje i są przemiłymi ludźmi. Ponadto wydaje się, że Madzia wreszcie znalazła nauczycielkę, która naprawdę wie, co robi, dlaczego tak robi i jest w parze równorzędnym partnerem.

Jose i Viki będą w Krakowie, więc prędziutko dzwońcie do TangoHouse i rezerwujcie miejsca na zajęciach.**

 

 

Besos

Madzia i Dominik

PS. O steakach jeszcze napiszemy.

* Pamiętacie, jak to byliśmy w Ocho na koncercie Sexteto Milonguero? Dwa dni później kupowaliśmy pierwszą (podkreślić wężykiem) partie płyt na Corrientes / Callao. Madzia – jako biegle posługująca się 50 słowami w narzeczu Cervantesa – poszła zapytać w kasie, gdzież to ukryto płytotekę tego wspaniałego bandu.

- Noo, właśnie mamy tutaj jeden tytuł… Czy życzy sobie panienka? pyta uprzejmie sprzedawca.

Stojący obok Madzi w kolejce długowłosy olbrzym uśmiecha się od ucha do ucha:

- O! świetna kapela, dobra muzyka!

- No przecież wiem – odpowiada Madzia spuściwszy skromnie oczęta pod naporem spojrzenia macho – byłam przedwczoraj na ich koncercie… Fajowo było…

- W Ocho? A tak, rzeczywiście, fajnie się tam ŚPIEWAŁO.

No i tym sposobem Madzia po raz kolejny udowodniła, że kompletnie nie ma pamięci do twarzy (podobnie jak do: nazwisk, cyfr, nazw geograficznych, cen butów, książek i ubrań… i całej masy nieistotnych pierdół…), ale za to teraz możemy pochwalić się takim oto skarbem.

Płyta Sexteto Milonguero z autografem wokalisty

.

 

 **Wbrew pozorom zdanie to nie jest sponsorowane przez Marcina M. :)



Pop Star

16 04 2009


Przeraźliwie tłoczno, wszystkie krzesła zajęte, przy barze tłum niczym na miasteczku studenckim. Harmider głosów zagłusza wręcz czasem sączącą się w tle muzykę. Średnia wieku: 25. W rogu pokoju rozkłada instrumenty band: długowłosy wokalista rozsyła uśmiechy rozchichotanemu tłumkowi dziewcząt; te śmieją się jeszcze bardziej, jeszcze głośniej, jeszcze radośniej. Pierwsze takty utworu wita salwa oklasków.

Tłum odrywa się od stolików, podnosi z krzeseł, odchodzi od baru. Zaczyna tańczyć – w ścisku, para przy parze, kolejne osoby zajmują miejsca tych, którzy zmęczeni odchodzą na bok.

Atmosfera niczym na koncercie rockowym, a to „tylko” występ Sexteto Milonguero w Practice 8. Było świetnie, choć aby odpocząć nie raz trzeba było przysiąść na podłodze. Niemniej jednak jakoś nie mieści nam się w głowach analogiczna scena w wersji rodzimej: tłum wyluzowanej młodzieży bawiący się przy utworach Szpilmana czy Petersburskiego. Practica 8 w porzo, Hugo – jej organizator – jeszcze bardziej ok, chociaż miejsca znacznie mniej niż w Eksie, stąd klimat bardziej już milongowy niż praktykowy. No i buty można przebierać przy stole.

Ocho wprawiło nas w stan lekkiego podekscytowania, że trzeba, konicznie trzeba wziąć się porządnie do roboty. Bo już przecież jesteśmy tu pełne 2 dni, a zaliczyliśmy zdecydowanie za mało zajęć. Więc wczoraj zdecydowaliśmy się na powrót do podstaw (tango para todos niveles) + na zajęcia z Perfeccionamiento para parejas. A co, każdy – nawet Czarnotki – może spróbować dążyć do ideału. Te drugie zajęcia w formie praktyki prowadził Balmaceda -  gwiazda światowego formatu raz na tydzień spokojnie prostuje plecy i poprawia trzymanie za jedyne 20 pesos od głowy. I nie protestuje, kiedy para Japończyków prosi o wspólne zdjęcia w stylu „Ja i Michael Jackson”. Oh, można się tutaj uczyć radości z tanga oraz podejścia do klienta / ucznia. Bo nie ma głupich pytań, na każdą wątpliwość poszukamy wspólnie rozwiązania.

 

 



Groundhog Day

13 04 2009

Ciężko jest byś punktualnym, poukładanym Europejczykiem w Argentynie. Na szczęście trudno  (choćby ze względu na sławną madziną punktualnością) zaliczyć nas do tej kategorii.

BsAs przywitało nas upałem (ponad 30C) i tangiem w taksówce. Dobry początek. Potem przyjazd do mieszkań i zderzenie z latynoską mananą - spóźnił się zarówno nasz landlord, jak i Patitadków*. I nie był to oczywiście kwadrans akademicki (bardziej godzina lekcyjna). No bo kto to widział, żeby samoloty przylatywały o czasie, a odprawa paszportowa była sprawna i profesjonalna…? (a jednak coś się zmieniło?).

San Telmo ujęcie drugie: nadal piękne, nadal z dziwnym klimatem i cenami trochę wyższymi niż w innych dzielnicach. Ale wielonarodowy tłumek w zaukach przy Plaza Dorrego, liczba knajpek nie ustępująca Kazimierzowi (Krk) i architektoniczne poplątanie starego z nowym - bezcenne. Jak to zgrabnie ujął Tadzik: “San Telmo jest zajebiste!”.

Zmieniło się niewiele: na chodnikach podobna liczba psich kup(ek), w Federalu nadal brudna podłoga (tylko ściany jakby odświeżone), sok z pomarańczy ciągle pyszniutki (choć toczymy spory, czy świeży sok z marchwi z Jaisalmeru nie jest lepszy). Nawet sprzedawcy staroci na Plaza Dorrego wciąż ci sami: jest i dziwaczny pan z parosalami, i “porwany wiatrem” mim. Kurcze, deja vu.

Kolejny dzień świstaka na milondze, bo w Porteno y Bailarin twarze portenos “zaliczonych” w tamtym roku. Dostajemy wprawdzie “oślą ławkę” (chyba nie było już gorszego stolika), ale banan na twarzy Pati i bolące stópki Madzi są dowodem, że było ok.

Migawki z milongi:

23.30 (argentyńska) do sali wchodzi o laseczce przygarbiony dziadziuś w okularach, w trzęsących się dłoniach papieros (na sali wszędzie plakietki “No fumar por favor”). Siada z boczku, słucha, nuci pod nosem. “Wy wiecie, kto to jest?” - pyta Carlos (szefu milongi). “Si, wiemy, kto by nie rozpoznał Alberto Podesty…?”

Północ (tutejsza): z parkietu porywa nas - machająca rękami na powitanie niczym huragan - Vivi. Całusy, wzdychania, okrzyki: “No nie, Polacos? Aqui? Kiedy przyjechaliście? To co, dzisiaj jeszcze do La Viruty? Że 16h lotu? Że teraz jest dla Was 5 rano? A jakie to ma znaczenie?”. Vivi opowiada o swojej “Practice Mechanice” (tak ją ochrzciliśmy na własne potrzeby rok temu), która przejształciła się w Milongę El Social  - chwilowo zawieszoną ze względów formalnych, ale czekamy na reaktywację (podobno jeszcze kilka miesięcy temu przychodziło tam po 500 osób).

1 am (nadal tego czasu): “Kajtek, zobacz, kto siedzi przy stoliku obok… Nie no, napewno nas nie pamięta - zwłaszcza w tym stanie…” (w tym wiaderku to chyba nie pierwszy szampan stoi). Po chwili toniemy w objęciach Antonio.

3 am - tutejsza (w Polsce 8 rano): kończymy imprezę. Po przelocie przez Atlantyk, spacerku po San Telmo, 4-godzinnej milo w końcu kładziemy się spać.

A dzisiaj znowu będzie ciepło.

besos,

md

* Patrycja + Tadeusz = Patitad. Romantyczna tangowa historia kiedyś do opowiedzenia. Ale to może przez nich samych.



Znajdź różnice

11 04 2009

Dzisiejszy poranek:

  1. herbata czarna,
  2. jajka na miękko,
  3. TVN24
    Fatalna fryzura prowadzącego. Na Kontakt24 jeden z widzów napisał:
    Panie Jarku, pan poda adres tego fryzjera, to Pana pomścimy.

Dzisiejsze popołudnie:

  1. Pakowanie.
  2. Pakowanie
  3. Pakowanie
  4. Sprzeczka o książki
  5. Pakowanie
  6. Kąpiel, golenie, wszędzie krew (Dominik się zaciął i teraz biega z wielkim plastrem na brodzie)
  7. Pakowanie
  8. Ostatnie minuty w szlafrokach na kanapie.

Jutrzejszy poranek:

  1. Cafe con leche
  2. Medialuny
  3. Orzeźwiający sok ze świeżych pomarańczy
  4. 27 stopni w cieniu (tak podaje iphone)
    Jednym słowem śniadanie w El Federal (róg Carlos Calvo y Peru) - Buenos Aires

Jutrzejszy wieczór:

  1. :) - radość

Besos (jeszcze z Polski)
Madzia i Krwawy Dominik